Oto artykuł, który ukazał się na łamach naszego patrona medialnego portalu Polska Południowa:

W KRAINIE KONIKA POLSKIEGO…

UltraRoztocze Zwierzyniec portal Południowa Polska

Niektóre momenty własnego życia człowiek uważa za niezwykłe, bo one decydują o tym jaką drogą podążymy przez kilka lub kilkanaście najbliższych lat. Decydują o tym, kim jesteśmy i jacy jesteśmy, kształtują naszą osobowość, charakter oraz sposób patrzenia na świat. Na pewno do takich momentów należą chwile, kiedy najodleglejsze marzenia stają się rzeczywistością, bo „smak” nowego uczucia jest zwykle niesamowitym przeżyciem, które zostaje w pamięci na zawsze… .

Siedząc na wygodnej kanapie trudno wyobrazić sobie, ile emocji może dostarczyć bieg. Bo niby co w tym nadzwyczajnego? Dla jednych nic, a dla innych wszystko. Dla jednych tylko bieg, las, piach w oczach i susza w ustach, dla innych wyzwanie oraz wrażenia, których nigdy i nigdzie nie da się kupić.

Przeżyj to sam! Ultra Roztocze po raz pierwszy, a dokładnie: 30, 60, 80, 115, 140+ km dzikiej i nieodkrytej dotąd natury….

Przewijamy taśmę i oczami tych, których nogi, głowa oraz serce są ultra wytrwałe biegniemy raz jeszcze krainą polskiego konika przez pięć tajemniczych dystansów, wiodących przez pięć malowniczych miasteczek, tworzących pięć różnych scenariuszy, napisanych przez 460 biegaczy. Wracamy do miejsca, gdzie nikt nie był przegrany, a zwycięzcy zostali „przedstawieni” już na starcie.

Zwierzyniec… Urokliwe, małe miasteczko w samym środku lasu, otoczone Roztoczańskim Parkiem Narodowym. Rejon znany przede wszystkim rowerzystom ma stać się w tych dniach miejscem spotkania biegaczy – ultrasów z całej Polski. Amfiteatr, dotychczasowa oaza spokoju będzie świadkiem wielkiego wydarzenia, które bezpowrotnie zmieni Roztocze.

Ultra Roztocze to impreza biegowa łącząca promocję zdrowego oraz aktywnego stylu życia, biegania i to nie byle jakiego biegania. Dla każdego coś dobrego, trasy wyznaczone przez organizatorów przyciągnęły zawodników amatorów i totalnych zapaleńców. Bo jak można samemu dobrowolnie poddawać się katuszom biegnąc przez 140 km… a no można. Dla jednych dystans 30 km ze startem w Szczebrzeszynie, przez malownicze lasy i pola oraz „mordor” w którym nie obyło się bez napędu 4×4. Dla innych odcinki prowadzące przez Park Narodowy, Parki Krajobrazowe, Rezerwaty Przyrody, a nawet Rezerwat Ścisły są wyzwaniem i to nie małym. Starty poszczególnych odcinków odbywały się z miast partnerskich, gdzie organizator dowoził zawodników autokarami, a meta dla wszystkich czekała w Zwierzyńcu.

Pobudka wcześnie rano, szybkie śniadanko, podczas którego omawiamy plan działania, który jest prosty – zacząć delikatnie, po około 1/3 trasy ocenić siły, środki i straty, po czym na końcówce dosłownie gryźć glebę, żeby zapamiętać ten start, aż do przyszłego roku. Następnie sprawdzenie wyposażenia obowiązkowego, plecaków i życzenia powodzenia. W drodze do zwierzynieckiego amfiteatru widać zaciekawienie mieszkańców na widok wysportowanych, kolorowo ubranych, roześmianych starszych i młodszych uczestników.

-Co będzie się działo? Spytała starsza pani z pieskiem.

-Jest bieg, za chwilę startujemy.

-Daleko biegniecie?

-Do Zwierzyńca – odpowiedzieliśmy, a ona popatrzyła na nas i mówi:

– Przecież jesteście w Zwierzyńcu – i roześmiała się.

Na starcie już nie było tak wesoło, przynajmniej dla mnie. Różne myśli chodziły po głowie. Organizator na odprawie dzień wcześniej, mówił o zmianie trasy, dołożył kilka kilometrów. Myślę, przecież to bez różnicy przy takim odcinku, jednak jak się później okazało, dało się to odczuć.

6:00 START, wystrzał, przybicie piątki z Krzyśkiem – no to lecimy. Będziemy przez następną dobę zdani na siebie. Od startu do zewnętrznej granicy parku całą grupę prowadzi Michał, utytułowany ultras – wolontariusz. Tempo spokojne, ale już widać kto jest w formie, kto ma chęć na pudło, a kto biegnie pokonując siebie. Biegniemy z Krzyśkiem gdzieś w połowie, zachowawczo, bez spinania, dzień się budzi słońce zaczyna przebijać korony drzew. Po kilku kilometrach, przy bramach Roztoczańskiego Parku Narodowego Michał zostawia nas, a cała grupa 53 osób biegnie dalej sama. W oddali, na długich prostych widać czołówkę, tempo mają zabójcze dla zwykłego zjadacza chleba, cóż, pozostaje włączyć tempo mat i delektować się piękną otaczającą przyrodą. Biegnie z nami grupa przyjaciół, humory nie opuszczają, biegną i śpiewają, dźwięki roznosi poranna rosa, jest bajecznie, słońce straszy, że będzie grzało, co wiąże się z potęgowaniem zmęczenia. Cel to Józefów oddalony o około 26 km. Po drodze przebiegamy przez malownicze pola, lasy, małe wioski oraz kamieniołomy. Szybkie tankowanie płynów i w drogę, woda dzisiaj będzie na wagę złota.

Upał dał znać o sobie po raz pierwszy po około 20 km od punktu kontrolnego, zabrakło mi wody, na szczęście niedaleko trasy widać mały drewniany domek. Drzwi otwiera starszy pan, który nabrał wiadro wody ze studni, napełnił bidony, a drugie postawił żebym się mógł opłukać. Mieszkańcy na trasie byli bardzo życzliwi, myślę, że niektórzy pierwszy raz widzieli osoby biegające po lesie. W wielu miejscach wystawiali butelki, wiadra, a nawet słoiki z wodą, naprawdę byłem pod ogromnym wrażeniem.

Kilometry uciekają, a każdy czeka na największą atrakcję na całej trasie Ultra Roztocza – Rezerwat nad Tanwią i znajdujący się tam jeden z siedmiu cudów polski, słynne szumy oraz jeszcze słynniejszy sklep u Gargamela. To tam większość biegaczy przysiadło, żeby się móc schłodzić wysoko kalorycznym napojem. Kto widział szumy na żywo ten wie, że zapierają dech w piersi, chłodząc się w cieniu drzew, słuchając szumu wody poruszamy się w stronę miejscowości Susiec, a dokładnie Domu Wczasowego Roztoczanka. To tam znajduje się kolejny punkt kontrolny.Tu spotkałem pierwsze osoby, które kończyły przygodę z Ultra Roztoczem… kontuzja to coś czego każdy biegacz boi się najbardziej. Dwóch panów, w tym jeden z którym biegłem i rozmawiałem kilka kilometrów wcześniej. Na tym punkcie, tak jak zresztą na pozostałych było wszystko czego ultras potrzebuje na trasie. Począwszy od owoców, daktyli, pysznych pomidorów, skończywszy na miodzie z pobliskich pasiek, a na hasło czary mary otrzymywało się coś extra! Ugoszczono nas naprawdę na bogato, w końcu to pora obiadowa, a do kolejnego punktu kawał drogi. Kolejne odcinki, tak jak i te wcześniejsze, w znacznym stopniu pokrywał piasek. W jednych miejscach mniej, a innych bardziej sypki, przez co nogi męczyły się bardziej, bo nie miały punktu wybicia. Trasa miała być łatwa, małe przewyższenia sugerowały, że każdy powinien dać sobie radę. Nic z tego, ciągłe podbiegi, zbiegi, trasy crossowe, temperatura sięgająca prawie 26 stopni oraz piach wdzierający się do butów i robiący peeling stóp, sprawiły że wiele osób rezygnowało na trasie.

Spotykamy Michała, tego samego, który prowadził nas rano, przyjechał na trasę rowerem, bo dostał sygnał od zawodników, że trasa jest źle oznaczona i ludzie błądzą. Okazało się, że dowcipniś, któryś z biegaczy zrywał oznaczenia na trasie i umieszczał je w innych miejscach, tak aby pozbyć się konkurentów. Nie wiem, czy cel osiągnął, ale dla tego zawodnika wielki hejt za takie zachowanie. Każde błądzenie liczy się z nadrobieniem kilometrów i to w najlepszym wypadku, jeżeli ktoś nie przestrzega zasad zdrowej rywalizacji nie powinien brać udziału w żadnych zawodach.

Szczególnie zapamiętałem miejsce w środku lasu, gdzie do domów można było dojechać wyłącznie traktorem. Dwa domy zapomniane przez wszystkich, zbiegliśmy z trasy, gdyż była okazja zapytać o wodę, starsza kobieta zaprowadziła nas do domu, naprawdę ciężko uwierzyć, że jeszcze ludzie tak mieszkają. Pytała nas o bieg, bo obserwowała biegaczy cały dzień, pytała dla kogo to robimy i tu właśnie chylę głowę organizatorowi, który podczas każdego swojego biegu wspomaga jakąś osobę potrzebującą, w tym wypadku była to pani Ania ze Zwierzyńca – 35 letnia wdowa z dwójką dzieci dla której przekazano po 10 zł z każdego wpisowego, suma wyszła dość pokaźna. Dodatkowo pani Ania upiekła ciasto dla biegaczy, które rozeszło się jak świeże bułeczki. Raz jeszcze – brawo!

Krasnobród i długo oczekiwany „przepak”. Można się przebrać, zmienić skarpety, buty, ochłodzić stopy w zalewie, zabrać coś ciepłego na odcinek nocny. Spotykamy tam Andrzeja, w trójkę będzie raźniej, zwłaszcza nocą. Krzysiek opowiada o nocnych „zwidach i słychach” tak, tak to nie legendy i każdy ultras choć raz miewał je podczas zarwanej nocy. Gdy ludzki mózg jest na skraju wyczerpania, to nocą potrafi zaskoczyć. Pień drzewa staje się skrzatem, a liście na drzewie układają się w twarze ludzi, ale o tym później. W połowie trasy do Szczebrzeszyna zastaje nas noc, włączamy czołówki, światło czerwone i w skupieniu wypatrujemy odblasków na taśmach umieszczonych przez organizatora. Biegu jest już coraz mniej, zmęczenie daje się w znaki, koncentracja spada, mimo to napieramy biegnąc gdzie tylko się da, uważając na korzenie i gałęzie, które ocierają się o twarz. SMS od żonki z ciepłym słowem na noc. Kilka zapisanych słów i siły wracają. Dobiegamy do strażaków z OSP, bez pomocy którtch, przy każdym przejściu przez ruchliwą drogę czulibyśmy się jak żaba, którą każdy chce rozjechać. Powiedzieli nam, że przed nami odcinek 10 km przez puszczę, piękny, prosty, bardzo psychologiczny etap, który w pewnym momencie przebiegał przez rezerwat ścisły. Powiedzieli nam, że po 5 km będzie stara chata, w której mieszkała babcia. Nie dopytywałem nawet dlaczego już tam nie mieszka, tylko przez całą drogę myślałem o tych zwidach. Są, jest pierwszy cień konarów biegnący na nas, hahaha, nie, to nieprawda… Jest kolejny, siedzi coś na poboczu… nie to tylko pień drzewa. Krzyśkowi wydawało się, że coś przez cały czas biegnie w zaroślach, przystawał na chwilę i to coś też się zatrzymywało. Śmieszne? Wcale nie. Głowa płata figle, to zły znak, do tego dochodzi sen. Kofeina to jedyna myśl… nie mamy, no cóż, może w Szczebrzeszynie na punkcie będzie kawa.

Znowu OSP przeprawiają nas przez drogę, wskazują kierunek 1,5 km wzdłuż drogi, będzie ciepły barszczyk i KAWA. Okazuje się, że jednak jej nie mają. I teraz podziękowania dla pani, która czekała na punkcie w Szczebrzeszynie na swojego męża, który biegł za nami, miała w termosie kawę dla niego, podzieliła się nią z nami. Była pyszna, naprawdę uratowała nam tym życie. Zjedliśmy barszczyk, po żelu na drogę i ogień, zostało już tak niewiele – 30 km. To właśnie odcinek, który przebiegły osoby zaczynające swoją przygodę ultra ku naszemu zdziwieniu bardzo trudny, wąwozy, ostre zbiegi, błoto, kamienie, kręte ścieżki, konary i powalone drzewa. Doły, to tutaj partyzantka ukrywała się przed wojskiem niemieckim, mieli miejsce do popisu, ciężko cokolwiek tu znaleźć, nawet oznaczoną trasę. Po 17 km od Szczebrzeszyna ma być punkt, mówili, że cudów tam nie będzie, ale wodę pewnie mają. To był punkt dla biegaczy z 30 km, nie wiadomo czy go do tej godziny utrzymają. Kilometry się ciągnął, co chwilę trzeba stanąć dać odpocząć nogom, rozmasować zaciśnięte mięśnie, gdzie ten Kawęczyn, powinien już być. Wybiegamy na asfaltowy odcinek… jest o dziwo. Na punkcie przywitał nas ktoś z ekipy organizatora i pies. Było ognisko, przy którym można się ogrzać, muzyka z głośników, zastawione stoły i gorąca oczekiwana od wielu godzin kawa. Ostatnia ekipa opuściła punkt około godziny temu. Po krótkim odpoczynku rozruszaliśmy obolałe kości, podziękowaliśmy i w drogę, to już ostatni odcinek 12 km, meta już tuż..tuż.

Jedno z miejsc organizator nazwał „Mordor”, i ta nazwa idealnie pasuje do tego miejsca. Przez ostatnie godziny niejeden z uczestników przeklinał to miejsce, mnie osobiście zatrzymał tam konar, wbijając mi się w nogę. Tabliczka „Mordor, włącz 4×4”, wielki wąwóz… czasami na trasie zastanawiałem się, skąd oni wzięli te wszystkie górki i wąwozy, one wcale nie pasują przecież do tego rejonu Polski. Przeskakując konary, chwiejąc się na boki, pokonaliśmy go. Wydrapaliśmy się na sam szczyt, STOP, przerwa, trzeba odsapnąć. Celem biegu było złamanie 24 godzin, ale po dodaniu przez organizatora, jak się później okazało 13 km, było to nierealne. Zaproponowałem, żeby utrzymać 25 godzin z przodu, Krzysiek przeliczył szybko czas, tempo jakie trzeba by utrzymać, mówi, że jest szansa, ale trzeba by pokonać odcinek średnio 8 km/h, co po ponad 140 km i takim terenie zdawało się trochę nierealne. Próbujemy. Zaczynamy przyśpieszać, wykorzystując resztki sił. Kolejna tabliczka „ostatnia górka” możliwe, że się uda, pędzimy w dół, a kolana już trzeszczą i bolą, jakby ktoś wbijał szpilki. Krzysiek prowadził i pilnował tempa, krzyknął, że już nie odpuszczamy. Włożyłem ostatnie Dextro pod język i w myślach miałem jedno, żeby mnie nie odcięło. Wybiegamy z lasu i widać już Zwierzyniec, odliczanie 5 minut – już wiadomo, że się uda. Widać amfiteatr, a my pędzimy! Kamerzysta tylko krzyknął: wolniej, bo chce to nagrać, ale nie nadążył za nami. Ostatni mostek i jest meta 25:58:10 udało się, 25 godzin utrzymane. Uścisk od organizatorów, pamiątkowy medal i zimne piwo. Tak kończy się ultra. Zmęczeni, ale szczęśliwi, że kolejna granica została przesunięta, a słabości pokonane.

Gratulacje dla wszystkich zawodników, bez względu na dystans, który pokonaliście, czy to było 30+,60+,80+,115+ czy 140+. Wszyscy jesteście wielcy, bo zamiast w niedzielę z rana mieć kaca, mieliście zakwasy!

Relacja: Michał Adamski

Redakcja : Sylwia Wojtowicz-Sander

Foto: Michał Adamski, Radomił Maślak